W środowiskach chrześcijańskich, lub ogólniej w środowiskach tzw. „dobrych ludzi” było kiedyś popularne martwienie się o innych. Dobry człowiek, zwykle żyjący bogatym i bezpiecznym życiem, przychodził do kogoś żyjącego mniej bogatym i bezpiecznym życiem, robił przejętą minę i mówił: martwię się o ciebie. Ewentualnie mówił o tym drugiemu bogatemu, żyjącemu bezpiecznym życiem. Wtedy obaj się martwili.
Znam to zjawisko dobrze, bo byłem nieraz adresatem.
Martwienie się jest popularnym dobrym uczynkiem, bo ma trzy wspaniałe zalety. Pierwsza: od razu czujesz, że jesteś dobrym człowiekiem. Druga: możesz zaspokoić swoje rodzicielskie instynkty. Trzecia: to nic nie kosztuje.
Szybko się zorientowałem, że kiedy ktoś z kościoła zaczyna się o mnie głośno martwić, jest to zwykle preludium do drugiego etapu. Drugi jest znacznie bardziej irytujący, a nazywa się: przypierdalanie się w duchu miłości.
W skrócie: dobry człowiek żyjący bogatym i bezpiecznym życiem, zaczyna ci mówić, jak masz żyć. No bo, jak już ustaliliśmy, się o ciebie martwi, a to mu daje nieograniczone prawo do wtrącania się w twoje życie.
Na pewno wiesz, o co chodzi. Twoja mama ciągle to robiła.
Sęk w tym, że dobry człowiek żyjący bogatym i bezpiecznym życiem, nie tylko nie jest twoją mamą, ale zazwyczaj w ogóle cię nie zna. Co prawda spotkaliśmy się parę razy, ale nic z tego nie wynika, bo na tych spotkaniach gadał tylko o sobie i jeżeli w ogóle zadał jakieś pytania, to w celu przyszłych korekcji. Są to pytania w stylu „jak często czytasz Biblię” lub „ile razy w tygodniu robisz sobie dobrze”, i od razu wiadomo, co przyjdzie po tych pytaniach. Pierwszy etap: martwię się o ciebie. Drugi: ty musisz żyć tak, jak ci mówię, bracie, przyjacielu, najdroższy, kochany. Zmień się. Żebym się nie musiał martwić. Synu.
Jako że jestem niereformowalnym bucem, nie byłem w ogóle wdzięczny za pełne miłości wyrazy matczynej troski i zmartwienia. Czasem odpowiadałem dyplomatycznie. Czasem nie. Ale zawsze odbierałem zmartwienia jako sygnał, że widocznie coś robię dobrze, skoro dobrzy ludzie się do mnie dopierdalają. Inaczej zostawiliby mnie w spokoju.
No bo tak to działa: jak nic nie robisz, to ci dadzą spokój. Jak zaczynasz żyć za bardzo po swojemu, zaczynają się o ciebie martwić. I lepiej wtedy uważaj. Bo od „martwię się o ciebie” do „ukrzyżuj” jest krótsza droga, niż ci się wydaje.
No ale rozumiem ich. Dobry człowiek żyjący bogatym i bezpiecznym życiem też ma swoje potrzeby. Lubi się pomartwić po ojcowsku. Zwłaszcza jak nie ma własnych dzieci. Albo jeżeli kiedyś miał, ale niezrozumiale uciekły spod skrzydeł jego miłości. Wtedy może się zdarzyć, że chodzi biedak po świecie i szuka o kogo by się tu pomartwić, komu by tu doradzić, jak żyć.
Poza tym martwienie jest fantastycznym sposobem na dobre uczynki niskim kosztem. Przecież każdy przyzna, że o wiele łatwiej się martwić o bezdomnego, że nie ma gdzie mieszkać, niż mu kupić dom, prawda?
No można by, powiedzmy, odwiedzać co tydzień chłopa, któremu się żona puściła i odeszła, co by mu ulżyć w samotności. Ale wiecie, ile to roboty? Jak to męczy? Ani to tanie, ani przyjemne. Czy nie prościej i taniej się o niego głośno pomartwić?
No pewnie, że prościej. Trzeba zrozumieć człowieka. Nie wymagajmy od dobrych ludzi radykalnych działań. Nie bądźmy Jezusami.
To też ja nie wymagam. Kiedy akurat jestem biedny, bezdomny, samotny, przeciążony, przyjdzie ktoś dobry czasem powiedzieć, że się o mnie martwi. Wtedy pomyślę sobie: właściwie mógłby zostać patronem, wynająć mi mieszkanie, wpaść na brydża w sobotę albo pomagać mi w projektach. A on woli się zamiast tego martwić.
Ale potem sobie przypominam, że co ja w ogóle gadam? Przecież to dobry człowiek jest. Moralny. Szanowany. Chrześcijanin. Z kościoła.
I wtedy sobie przypominam, że od dobrych, szanowanych, moralnych ludzi z kościoła należy wymagać tyle, ile oni wymagają sami od siebie: absolutnie nic.

Ja bym jeszcze rozróżnił te dwa typy martwienia.
Martwienie wspólne – to np. z tą żoną co rzuciła. W tym przypadku obu stronom się jakieś zjawisko nie podoba.
Martwienie martwiącego – W tym przypadku Martwiący martwi się o coś, co nam się podoba, albo nie przeszkadza. Np. że nie mamy żony. Taki typ martwienia jest wyjątkowo irytujący dla osoby o którą się martwi.